Wszystko zaczęło się od prostego odruchu serca na ludzką biedę – zarówno w XIX wieku w Nysie, jak i niedawno na ulicach Bytomia. Powstanie Fundacji „Kopalnia Nadzieja” to nie przypadek, ale naturalna kontynuacja dzieła, które ponad 180 lat temu zapoczątkowały cztery odważne kobiety. Aby zrozumieć tożsamość i misję naszej fundacji, musimy cofnąć się w czasie. Jest rok 1842. Trwa rewolucja przemysłowa. Świat gwałtownie się zmienia, powstają fabryki, a wraz z nimi rodzą się nowe, potężne problemy społeczne. Ówczesne instytucje publiczne okazują się całkowicie niewydolne wobec skali ubóstwa, chorób i opuszczenia. Wtedy w Nysie cztery młode kobiety – Klara Wolff, Maria i Matylda Merkert oraz Franciszka Werner – postanawiają działać. Nie czekają na systemowe rozwiązania. Widząc dysfunkcję państwa w sferze socjalnej, postanawiają same uzupełnić te luki. Wychodzą na ulice, pukają do drzwi nędznych domów, docierają do najuboższych i chorych, organizując dla nich realną, codzienną pomoc. Tak rodzi się tożsamość i początek Zgromadzenia Sióstr Świętej Elżbiety – zrodzonego z odwagi i bezpośredniego wyjścia do człowieka w kryzysie.
Dokładnie ta sama intuicja i ten sam duch miłosierdzia ożyły w lutym na ulicach Bytomia. Odpowiadając na współczesne ubóstwo naszego miasta, poczułyśmy, że nie możemy stać bezczynnie. Dokładnie tak jak nasze założycielki w XIX wieku, uznałyśmy, że pomoc nie może czekać za biurkiem – trzeba wyjść tam, gdzie ludzie cierpią najbardziej. Ruszyłyśmy na bytomskie ulice. Na początku nasze zaplecze było skromne, ale intencje ogromne: gorąca herbata, ciepła zupa, słodycze i odzież dla tych, którzy nie mieli się gdzie schronić przed mrozem. To, co zaczęło się od prostego wyjścia z termosem, szybko pokazało, jak ogromne są potrzeby i jak wielka drzemie w tym siła. Spotkania na ulicy, rozmowy pełne wzruszeń i budujące się zaufanie uświadomiły nam, że te doraźne akcje muszą przekształcić się w coś stałego i stabilnego. Chciałyśmy dać naszym podopiecznym nie tylko chwilowe ciepło, ale i trwałą perspektywę na zmianę życia. Z tego właśnie pragnienia, z tej żywej tradycji elżbietańskiego miłosierdzia, zrodziła się Fundacja „Kopalnia Nadzieja”. Zupa i ciepłe ubrania stały się fundamentem, na którym budujemy teraz długofalowe wsparcie, dając ludziom zagubionym i ubogim narzędzia do odbudowania swojego życia. Wydobywamy nadzieję tam, gdzie wydawało się, że już dawno zgasła.
Jednak to wyjście nie udałoby się, gdyby nie oni. Od samego początku obok nas stanęli wolontariusze – ludzie o ogromnych sercach, bez których po prostu nie dałybyśmy rady działać. To oni poświęcają swój wolny czas, ramię w ramię z nami nalewają zupę, sortują ubrania i przede wszystkim – dają potrzebującym swoją obecność oraz dobre słowo. W tym wszystkim najpiękniejsza okazała się prawdziwa synodalność i współpraca. O ile dawniej Siostry Elżbietanki kojarzyły się głównie z jednostronnym, choć heroicznym niesieniem pomocy, o tyle teraz, w ramach fundacji, działamy ramię w ramię z ludźmi świeckimi. Ten elżbietański charyzmat okazał się tak żywy i zaraźliwy, że odpowiedzieli na niego również nasi podopieczni. Ludzie, do których wyszłyśmy z pomocą, przyjęli go niezwykle mocno i empatycznie – sami zaczęli włączać się w działania, dzielić się tym, co mają, i wspierać nawzajem. To już nie jest pomoc „z góry”, ale wspólna droga, którą idziemy razem.
To wielkie dzieło nie mogłoby się też rozwijać bez zaplecza, które tworzą nasi wspaniali darczyńcy, lokalne parafie oraz proboszczowie. Ich otwartość przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Bytomskie parafie i kapłani niezwykle chętnie, z ogromnym zaangażowaniem włączają się we wspieranie naszej fundacji, otwierając dla nas swoje drzwi, organizując zbiórki i pomagając dotrzeć z pomocą tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna.
Dziś te działania to już regularna, dobrze zorganizowana rzeczywistość. Na mapie naszej codzienności kluczowe miejsce zajmuje bytomski dworzec – to tam regularnie, raz w tygodniu, spotykamy się z ludźmi w kryzysie. Pojawiają się tam twarze nowe, ale też te doskonale nam już znane, stałe, które czekają na naszą obecność. Równolegle działa nasza ekipa wyjazdowa. Docieramy pod konkretne adresy, w miejsca, gdzie ubóstwo często bywa ukryte przed światem. Nasza pomoc już dawno przestała być tylko żywieniowa. Owszem, ciepły posiłek otwiera serca, ale prawdziwym celem jest towarzyszenie i wsparcie w rozwiązywaniu najtrudniejszych spraw życiowych.
Dlatego właśnie, widząc ogrom tych potrzeb, jesteśmy aktualnie w trakcie formalnego tworzenia fundacji oraz budowania dla tych ludzi wyjątkowego miejsca: stacjonarnego Centrum Pomocy. Chcemy, aby było to bezpieczne schronienie, które zaoferuje w pełni kompleksowe wsparcie. To tam potrzebujący znajdą to, co najbardziej podstawowe: ciepłe łóżko i prysznic. Jednak Centrum to coś więcej niż dach nad głową. To przestrzeń, w której ramię w ramię będą pracować terapeuci, urzędnicy oraz specjaliści od aktywizacji zawodowej. Naszym nadrzędnym celem jest bowiem pomoc w powrocie do samodzielnego funkcjonowania w społeczeństwie. Co niezwykle ważne – i co chcemy mocno podkreślić – w tym procesie nie działamy w pojedynkę. Dokładnie tak jak nasze Matki Założycielki w XIX wieku, które potrafiły mądrze współpracować z otoczeniem, stawiamy na bliską kooperację z miastem oraz łączenie sił z różnymi instytucjami publicznymi i społecznymi. Wierzymy, że tylko wspólny, zintegrowany front i partnerski dialog z władzami lokalnymi pozwolą stworzyć stabilny, systemowy i skuteczny mechanizm niesienia ratunku. Warto przy tym zaznaczyć, że nie czekamy bezczynnie na pełną realizację naszych wielkich planów. Już teraz staramy się maksymalnie wykorzystać to, czym obecnie dysponujemy. Nie marnujemy czasu – uruchamiamy i zagospodarowujemy każde dostępne miejsce i zasób, by pomoc docierała bez opóźnień. Chcemy, aby wszystko, co już posiadamy, działało na sto procent i dokładnie tak, jak ma działać – niosąc realną ulgę z dnia na dzień.
s. Maria